Kąpiel poranna,
czeka już wanna,
pełna po brzeg,
piany jak śnieg.
Szemrze cichutko,
moja złociutka,
połóż się tu,
w zapachu bzu.
I już lecimy nad dachami miast.
Nieważne są pieniądze ani czas.
Żegnaj Pagarcie, tu otwarcie wyznać muszę,
sprzedałam wannie duszę.
I już lecimy nad dachami miast.
Nieważne są pieniądze ani czas.
Żegnaj Pagarcie tu otwarcie wyznać muszę,
sprzedałam wannie duszę,
sprzedałam wannie duszę,
sprzedałam wannie duszę.
Nagle nad Pragą,
straszne tornado.
Woda wycieka,
nie ma co zwlekać,
wracaj do chaty,
złomie skrzydlaty,
goń resztą sił,
przez srebrny pył.
I znów lecimy nad dachami miast.
I bliżej nam do domu niż do gwiazd.
Witaj Pagarcie, tu otwarcie wyznam ci
czasami mam dziwaczne sny.
I znów lecimy nad dachami miast.
I bliżej nam do domu niż do gwiazd.
Witaj Pagarcie, tu otwarcie wyznam ci
czasami mam dziwaczne sny,
mam dziwaczne sny,
mam dziwaczne sny.
No i co? no i pstro,
i nie ma o czym gadać.
Coś było, się zmyło,
ja za to odpowiadam.
Nie wiem nic i wiedzieć nie chcę,
wszystko sobie ważę lekce.
Niepotrzebne odrzucam,
jak skórkę pomarańczy.
Już nie tańczę, nie tańczę.
No i co? no i pstro,
a myślałby kto, że coś.
I złapcie po fakcie
niełatwą mą kobiecość.
Więcej rozmawiać z wami
nie mam już ochoty.
I tak powiedziałam za dużo.
Za chwilę mnie zabierze
helikopter złoty z załogą
pierwszorzędnych Francuzów.
Już nie będę z wami,
ani z nikim innym,
na żarty, ani na serio.
Nie będzie telefonów,
ni związków rodzinnych
w moim Rio de Janeiro.
Nie wiem nic,
wiedzcie sobie sami,
wiedza to życia dynamit.
Znów trzęsienie w Hong Kongu,
ówdzie plaga szarańczy.
A ja nie tańczę, nie tańczę.
Już nie tańczę, nie tańczę.